TOP

BUNT DWULATKA, CZY EDUKACJA RODZICÓW?

BUNT DWULATKA, CZYLI CO?

Do napisania tej notki zainspirował mnie wpis Doroty Zawadzkiej w NaTemat. W skrócie, był o tym, co takiego dzieje się z dwuletnimi dziećmi – czyli osławiony bunt dwulatka. W tekście wyjaśnienie zjawiska i  instrukcja obsługi malucha, którego nie da się już przestawiać z miejsca na miejsce bez logicznego uzasadnienia, bo wywoła to jego ostry sprzeciw.

W pierwszym momencie artykuł spodobał mi się bardzo – jest w nim kilka sensownych porad, jak reagować na ten nagły wykwit samodzielności i negowanie dla samej radości negowania. Fajnie.

Po czym zjechałam niżej i przeleciałam przez komentarze. A w nich – głównie wpisy mam dwulatków o tym, że ich dziecko właśnie przez okres buntu przechodzi i obserwują podobne „objawy”. I taki wiecie, klub wzajemnego wsparcia.

Fajnie! – pomyślałam. Ktoś poruszył ważny temat. To dotyczy każdego rodzica, bo dziecko w pewnym momencie po prostu osiąga ten wiek, nie da się go przeskoczyć. Wpis wywołał poruszenie i odzew, zatem był potrzebny.

Jednak temat buntu ciągle chodził mi po głowie i odczuwałam taki jakiś mały niepokój i dysonans poznawczy. I wtem, nagle, doznałam olśnienia :) O jakim buncie dwulatka my mówimy? To określenie jest z gruntu niewłaściwe i fałszywe. Nie ma czegoś takiego jak bunt dwulatka. Dziecko dorasta sobie swoim własnym tempem, a jednym z objawów dorastania, rozwijania się, nabierania doświadczenia – jest wejście w etap, kiedy to mały człowiek zaczyna mieć własne zdanie i pragnienia.

NIE JESTEŚ SWOIM DZIECKIEM. TWOJE DZIECKO NIE JEST TOBĄ.

To jest szok dla rodzica, dla którego jego cudowne dziecko jest JEGO, jest częścią JEGO samego i jest emanacją JEGO pragnień i wyobrażeń. Jakże wielu z nas, rodziców, zapomina, że już w dniu narodzin na świecie pojawił się ODRĘBNY byt, osobny człowiek, którym trzeba się jakiś czas opiekować, ale on nie jest nami ani trochę, nawet przez moment. Jest sobą.

Na początku tej odrębności nie widać, bo nie ma nam jak nam o tym powiedzieć. Ale właśnie w wieku około dwóch lat potrafi już wysłać JASNY komunikat, że jest tylko i wyłącznie sobą, a nie swoim rodzicem.

I to jest szok – dla rodziców. To nie jest bunt dziecka. Ono po prostu nauczyło się wyrażać swoje uczucia i z chęcią z tej umiejętności korzysta. To jest akcja edukacyjna dla rodziców, z której oni mogą skorzystać, lub nie. Bo dziecko w tym momencie właśnie zaczyna edukować swoich rodzicieli i pokazywać im, żeby przestali utożsamiać się ze swoim potomkiem, a zaczęli traktować go jako mądrą, niepodległą istotę ludzką. Jeszcze młodą i bez doświadczenia. Ale osobną.

Rodzic może i powinien pomagać dziecku w nabywaniu wiedzy, umiejętności i doświadczenia. W mądrym edukowaniu. Powinien też je chronić – umiarkowanie, bo przecież niezła nauka jest też na własnych błędach.

DZIECKO NIE PROSI CIĘ O PRZEŻYCIE JEGO ŻYCIA

Niestety nie raz mogę obserwować na żywo, jak rodzice chcą przeżyć wszystko za swoje dzieci. Na zajęciach wyrywają im pędzelki i kredki z rąk, aby malować za nich. Przejmują ich wiaderka i łopatki, by lepić zamki za nich. Noszą i podtrzymują dzieci, by chodzić za nich. Zabierają dziecku samodzielność. Osaczają z każdej strony – fizycznie (zwalając się na nie swoim cielskiem i nie wypuszczając z łap) i psychicznie. Nie daj boże zabiją pęd ku samodzielności – potem tego gorzko pożałują w okolicach 30tego roku życia dziecka, ale wtedy już będzie za późno.

Zapomnijmy zatem o haśle „bunt dwulatka”. Może nazwijmy to raczej „szkółką dla rodziców”, w której to dzieci uświadamiają na każdym kroku, że należy im się szacunek oraz akceptacja tego, że one chcą być inne, a nie takie, jak marzenia swoich rodziców.

 

PS. Wczoraj byłam na filmie „Sierpień w hrabstwie Osage”. W mojej ocenie doskonały i wbijający w fotel. Każdy odczyta ten film po swojemu, ale dla mnie jednozdaniowy morał z filmu jest taki: nie poświęcaj swojego życia dla dzieci, nie żyj ich życiem, bo na koniec wszyscy tego gorzko pożałują: i Ty, i Twoje dziecko.

 

 

Organizacją ślubów żyję od 2006 roku, prowadząc jedną z pierwszych w Polsce agencji ślubnych 2CYTRYNY. Pomogłam ponad dwustu młodym parom w spełnieniu ich marzeń. Szaleństwa ślubne wyprawialiśmy na łące, w parku, w pałacach, nad jeziorem, nad brzegiem morza, w Polsce i za granicą, w przeróżnych zwyczajnych i mniej zwyczajnych okolicznościach. Tego bloga prowadzę razem już od 2009 roku. To spory kawałek czasu, a jak na internet, to cała era :). W tym czasie odkrywałam też inne obszary realizacji siebie. Na moich szkoleniach i w życiu codziennym zmotywowałam wiele wspaniałych kobiet do tego, aby chciały odszukać w sobie swoje talenty i aby codziennie, z uporem i frajdą kreowały własne życie. I chyba to sprawia mi największą satysfakcję. Działanie i pchanie do działania. I osiąganie, zdobywanie nowych szczytów.