Mój jeszcze wtedy Przyszły i ja nie mieliśmy wątpliwości. Żadnego wideofilmowania. W głębi duszy wierzę, że są gdzieś specjaliści, którzy robią to dobrze. Niestety, ja jeszcze nie spotkałam żadnego.
Postawiliśmy zatem na zdjęcia, na dodatek na reportaż. Bardzo nam zależało, żeby było to naturalne, niewymuszone i działo się w czasie rzeczywistym. Żadnych zdjęć przed ślubem (mój Mąż zobaczył mnie dopiero prowadzoną przez Tatę po czerwonym dywanie w chwili ślubu – mina na zdjęciu: bezcenna). Chcieliśmy mieć na zdjęciach nasze emocje z tamtej chwili. Nie straciliśmy ani momentu z wesela, bo nigdzie nie musieliśmy jechać. Parę ujęć w trakcie spaceru z miejsca ślubu do miejsca wesela wspaniale zastąpiło nam i plener i studio.
Gdybym miała podejmować tę decyzję jeszcze raz, wybrałabym dokładnie tak samo. Pokazaliśmy zdjęcia już prawie wszystkim, rozesłaliśmy pocztą jako podziękowania, zrobienie albumu zostawiliśmy sobie na długie zimowe wieczory. Co do filmu – mam Koleżankę, której synek idzie do przedszkola, a Ona jeszcze nie obejrzała filmu z własnego wesela. Boi się tego, co może tam zobaczyć :).
I jeszcze moja rada: na tym elemencie wesela na pewno nie warto szukać oszczędności. Żeby później nie okazało się, że silikonowy szampan w przechylonych kieliszkach zostaje na swoim miejscu (widziałam to na własne oczy !!!) albo że pamiątką na całe życie jest taki przebój jak ten
httpv://www.youtube.com/watch?v=YRKybmBnfHs
źródło foto: http://www.socalpixels.com/










Komentarzy (5)
Witam,
Zacznę od tego, że trzeba być przekonanym do tego po co u licha tego dnia nam fotograf. Bardzo. Bardzo, bardzo dużo par bierze fotografa nie wiedząc u licha po co to.Biorą bo koleżanka miała fotografa i to chyba taka tradycja.
Mam porównanie – sesje ciążowe czyli tzw. sesje z brzuszkiem i reportaże/plenery ślubne.
Ci pierwsi CHCĄ tych zdjęć !!!
Pomału chcę wycofać się z fotografii ślubnej właśnie ze względu na cudowny klimat par pozujących z brzuszkiem. Uśmiechy – nikogo nie trzeba prosić o nie BA! Sami nawet organizują „rekwizyty” do sesji! Mają wcześniej już wizję tych zdjęć! Coś niesamowitego!
Częściowo rozumiem narzeczonych tłumacząc to stresem. Oczywiście zdarzają się „wyjątki” wtedy widać szczęście na ujęciach, młodzi sami wchodzą pod aparat jest po prostu zajebiście.
Wniosek – zanim wynajmiemy czy to kamerzystę czy to fotografa zastanówmy się czy jest to nam do szczęścia potrzebne
Z nami od: 16 września 2009r.
Wszystkich komentarzy: 10
Bardzo mądrze powiedziane.
Obojętnie, czy to film czy zdjęcia, żeby wyszły dobrze, trzeba tego chcieć. Dlatego w naszym przypadku film nie wyszedłby dobrze…mam tendencję do odwracania się plecami do wszystkich napotkanych kamer :)
Z tego samego powodu nie rozumiem sesji tydzień po ślubie . Co maja oddać ? Fason sukienki ? Nie wierzę w wykrzesanie sztucznych emocji porównywalnych do tych z dnia ślubu.
Z nami od: 31 lipca 2009r.
Wszystkich komentarzy: 10
Zgadzam się, ale mając za sobą ponad 150 ślubów, i znając tych ludzi często dłużej niż rok przed ślubem, mogę pozwolić sobie na komentarz, że każdy zachowuje się w dniu ślubu trochę dziwnie. Tak jak zauważyliście wynika to tylko i wyłącznie ze stresu. Jedni w tym dniu piją, inni wręcz przeciwnie.
Inni unikają aparatu, udając że fotograf nie istnieje, a jeszcze inni nagle ustalają listę 40 pozowanych zdjęć o czym wcześniej nie było mowy.
Tak jest. Ale to ich dzień, ich nerwy, i ich zdjęcia.
Z nami od: 02 listopada 2009r.
Wszystkich komentarzy: 7
muszę zaprotestować! My też na początku myśleliśmy tylko o fotografie, bo wszystkie filmy ślubne, jakie mieliśmy nieprzyjemność widzieć wcześniej były takie same: kamerzysta świecący gościom lampą po oczach, 3 godziny filmu o jedzeniu kotleta i urywana muzyka, a do tego wstawki w postaci latających serduszek i białych gołębi. Jednak teściowa się uparła, że kamerzysta musi być i po fakcie jestem jej bardzo wdzięczna. Przyznaję, że znalezienie kamerzysty, który by nam odpowiadał nie było łatwe, ale w końcu się udało. Film jest dynamiczny, ciekawy, dobrze zrobiony i trwa tylko 71 minut. Obejrzałam go do tej pory co najmniej 10 razy (3 razy sama, reszta z rodziną i znajomymi). Pierwszy raz był prawie szokiem – w dniu ślubu nie byłam w stanie tego wszystkiego zauważyć i zapamiętać. Za każdym razem niesamowicie wzruszam się w trakcie przysięgi – to jednak coś zupełnie innego, niż zdjęcia. Mogę więc napisać, że dobrzy „filmowcy ślubni” istnieją, musicie tylko dobrze poszukać i wiedzieć, czego oczekujecie.
Z nami od: 10 sierpnia 2010r.
Wszystkich komentarzy: 10
filmik jest totalną porażką, jakbym ja taki miała mieć – to bym się załamała… no ale taka była moda… za jakieś 10-20 lat nasze filmiki i zdjęcia też będą (nie ma co tu ukrywać) śmieszyć przyszłe pokolenia;)